Nic nie robi tak dobrze na marazm blogowy jak nowy sezon Sherlocka. Biorąc pod uwagę częstotliwość pojawiania się tychże, źle to wróży mojemu blogowaniu. Ale nie ma co martwić się na zapas, skupmy się na czwartym sezonie serialu BBC i mej niepopularnej opinii o nim. Bo mi się podobało.Dalej będą spoilery, dywagacje i w ogóle mnóstwo tekstu.

Zacznijmy od tego, że bardzo lubię powieści szpiegowskie. W czasach wczesnej młodości, kiedy już przeczytałam całego Conan Doyle’a i Christie, sięgnęłam po MacLeana, liznęłam Forsytha i Ludluma, przeczytałam większość Higginsa. Lubię ten klimat starszych powieści szpiegowskich i filmów. W tym roku obejrzałam dwa seriale, które mocno do tego nawiązywały- Nocnego portiera (w jednym odcinku postacie wysyłają sobie faksy, rozczuliło mnie to strasznie) i właśnie Sherlocka.

Do tego twórcy dodali nam opowieść gotycką. Tajemnica w przeszłości, szalone rodzeństwo, którego choroba wpływa na wszystko, zabawa pamięcią. Usherowie z przyjemnością gościliby Holmesów na herbacie. Jak dla mnie to są dwa duże wątki tego sezonu, z tymże od szpiegów przechodzimy do gotyckiej grozy.

Do tego dostaliśmy mniejsze wątki i smaczki. Pierwszy odcinek, poza bondowo-bourne’owską otoczką, strasznie przypominał mi sztuki Szekspira. Ten Sherlock zjadany przez hubris, za którą zostanie ukarany przed końcem odcinka. Scena śmierci Mary, gdzie na czas jej monologu wszystkie postaci drugoplanowe zastygają w bezruchu. To, że postaci właściwie nie mają jak dokonać dobrego wyboru, bo przeszłe decyzje za bardzo im to uniemożliwiają. No i był to najmroczniejszy, jeśli chodzi o zdjęcia odcinek z serii.

I jak wątek z Johnem o mało co niewiernym Watsonem mi się nie podoba, to te pierwsze sceny z Eurus są jak pierwsze sceny z gotyckich powieści. Tajemnica jest jeszcze ekscytująca i niewinna, a trupy grzecznie siedzą w szafie.

Drugi zajmuje się seryjnymi mordercami i pamięcią, chociaż zaczynamy od typowo bondowskiej sceny (która jest rekonstrukcją Sherlocka). Potem szpiegowska stylizacja trafia na panią Hudson i daje nam zupełnie nowy obraz tej postaci. Jak będę starsza, chciałabym być jak pani Hudson. Podobało mi się odwołanie do jednego z najsłynniejszych seryjnych morderców (które zostanie powtórzone w trzecim odcinku, kiedy strażnicy porównują Eurus do Lectera). No i scena w prosektorium. Jest okropna. Obrzydliwa. I ładnie zapowiada nam, że dalej czekają nas rzeczy straszne. To jest ten moment, kiedy Jonathan Harker zaczyna rozumieć, że jest zamknięty w zamku z potworem.

Jedyne co mi się nie podobało, to cały wątek w Sherlockiem jako niewiarygodnym narratorem. O ile bardzo pasuje do gotyku, to za często go w serialu używano i czuję się nim zmęczona. W literaturze też go nie lubię.

Trzeci to już w pełni gotyk, elementów szpiegowskich jest mało, a tych radośnie bondowskich w ogóle. Jest wręcz kameralnie, przez większość czasu nasi bohaterowie są odseparowani. Pani Rochester uciekła ze strychu i przejęła kontrolę nad domem, a nasi bohaterowie starają się przeżyć. Jako że przeszłość i teraźniejszość zlewają się w jedno, mamy dużo retrospekcji. Bardzo ładnie zrobionych i wiele mówiących o postaci (Mycroft z kamykiem). Przy okazji to najmniej spójny odcinek. Mamy bardzo widowiskowe sceny, jak nawiedzenie na początku, czy piractwo, ale mamy też trzech ludzi rozmawiających ze sobą. Mi się najbardziej podobały te kameralne sceny, zwłaszcza kiedy Sherlock ma wybrać kogo zabije.

Scenarzyści poszli jednak trochę pod prąd i napisali szczęśliwe zakończenie. Takie, w którym przeszłość nie tylko zostaje unieszkodliwiona, ale też wybaczona i może udać się na spoczynek. Nikt nie ginie w pożarze, żaden dom się nie wali, a szalona siostra dostaje szansę. Pomijam sentymentalną scenę z Mary na koniec (serio, po co ona? Z Mary pożegnaliśmy się już dwa razy), bo mam ogromną ochotę uznać, że jej tam nie było.

No więc podobało mi się, chociaż nie uważam tego sezonu za udany. Męczyło mnie przede wszystkim wykorzystywanie ogranych już trików i sposobów narracji. Ileż to razy John się śmiertelnie na Sherlocka gniewał, Sherlock był niewiarygodnym narratorem? Dla mnie te zabiegi straciły jakąkolwiek moc. No i ten Moriarty! Na miłość Lestata, czy możemy dać sobie z nim spokój? Czy rodzeństwo Holmesów nie mogłoby dostać obsesji na punkcie kogoś innego? Serio, mam dość. Podobały mi się dwie sceny retrospekcji w ostatnim odcinku i tyle tego bohatera mogę znieść.

A z drugiej strony, nie podobało mi się takie odejście od formuły serialu. Krzysiek z Myszmasza mówił, że najbardziej lubi Sherlocka, kiedy jest to półtoragodzinny film o konkretnej zbrodni i coś w tym jest. Nowe odcinki pojawiają się tak rzadko, że chciałabym zobaczyć w nich trochę tego serialu, który tak polubiłam. Dostaję ciągłe eksperymenty. Ja rozumiem, scenarzyści chcą próbować nowych rzeczy. Ale zabierają nam zupełnie comfort zone, bo nawet słynne czytanie ludzi przez Sherlocka zniknęło.

Za to bardzo podobało mi się jak twórcy rozwinęli postać Mycrofta. Czwarty sezon jest, moim zdaniem, tak samo o nim jak i o Sherlocku. Przy czym o ile wątki młodszego Holmesa nie były zbyt ciekawe, może poza ukaraną pychą w pierwszym odcinku, tak starszemu dostało się dużego dobrego. I dostał jakiś kontekst, jeśli chodzi o pracę i relacje towarzyskie. Podobnie z panią Hudson, która co prawda może zacząć cierpieć na przerost fajności nad charakterem, ale na razie twórcy trzymają się w ryzach (pewnie ktoś ukradł Moffatowi długopis). Liczę na to, że Lestradowi też w końcu dopiszą podobnie ciekawe sekretne życie.

Jedynie Molly szkoda, bo widać że nikt nie ma na nią pomysłu, ale w kilku scenach musi się pojawić. I szczerze mówiąc, na końcu trzeciego odcinka powinna być nie ta sentymentalna przemowa Mary, tylko scena w której Holmes i Watson przepraszają Molly i jej wszystko wyjaśniają.

O szeroko reklamowanym złolu nie piszę, bo dla mnie to nie była postać ważna. W drugim odcinku tak bardzo nie chodziło o niego, że właściwie mogli by tam dodać jakąś sprawę w tle i też by było dobrze. Był dobrze zagrany, ciekawie napisany, w ogóle mnie nie ruszył.

No i ogromnie podobały mi się te sceny, w których bardzo niewielkimi środkami pokazano nam co się w głowach postaci dzieje. Sherlock pytający czy wyjęcie telefonu zdetonuje bombę. Pani Hudson z pistoletem. Watson z gaśnicą. Mary jako duch. Mycroft właściwie zawsze, ale ta scena w której stara się ułatwić Sherlockowi strzał. Eurus z kwiatkiem we włosach. Oraz nawiązanie samolot pełen trupów jako nawiązanie do Skandalu w Belgravii.

No więc podobało mi się. Kolejny sezon obejrzę z przyjemnością. Ale jakoś strasznie go nie wyczekuję. Jak będzie to będzie.

A o Molly, Mary i Eurus napiszę kiedy indziej.

  • Piotr Lorenc

    Trochę myśli do twojego tekstu – niepoukładanych:

    – Kurcze – ładnie piszesz.
    – Ja laikiem jestem – jak wiesz 🙂 – ale mi także się bardzo bardzo podobało.
    – O serial chodziło ci pewnie – Nocny recepcjonista – The Night Manager
    – Molly w przebłyskach na końcu wyglądała na szczęśliwą – widziałaś? Może coś kiedyś z tego będzie.
    – Toby Jones – kurcze – taki zawód – taki świetny aktor i tak nie wykorzystana rola.
    – Moriarty wiecznie żywy – a ja wciąż w to wierzę.
    – Irene Adler – tak bardzo bym chciał by znów się pojawiła – i nie musi być naga 🙂

    Zmiana klimatu serialu – z rozwiązywania zagadek w babranie się w Holmesowskim bagienku – mi się bardzo podobała. 3 odcinki konkretnie na pogłębienie postaci. Bolączką jest fakt że każdy serial ma zwykle przynajmniej 8 odcinków 60 minutowych na pokazanie bohaterów. Sherlock ma dużo treści i mało przerywników na pogłębianie postaci. Tutaj wyszło to fajnie.
    Tajemniczy 4 odcinek – bardzo proszę.

    • – Dziękuję za miłe słowa :).
      – Tak, o The Night Managera. Oglądałam po angielsku.
      – Raczej nie. Szanowny pan Moffat powiedział, że Molly poszła na piwo, przeleciała kogoś i się uspokoiła. Pomijając wrażliwość i zrozumienie własnej postaci u scenarzysty, to raczej wskazuje, że wątku nie pociągnął.
      – Tajemniczy czwarty odcinek ponoć nie istnieje. Ale jakby istniał, ja też chętnie obejrzę.

  • Póki co obejrzałam tylko pierwszy odcinek najnowszego sezonu i jedyne, co mogę powiedzieć, że śmierć Mary jest taka… (za przeproszeniem) z dupy wyjęta. Ogólnie nie pasuje mi do samej serii, czegoś po prostu mi w niej brakowało…
    O reszcie wypowiem się dopiero po obejrzeniu pozostałych dwóch odcinków, które mi się nagrywały w te niedzielne wieczory 🙂

    • Właśnie przy tej scenie doszłam do wniosku, że ten odcinek jest jak sztuka teatralna. Normalnie mielibyśmy chaos i dużo ruchu, a wszyscy stoją i milczą, by nie odciągać naszej uwagi od Mary.
      Daj znać jak obejrzysz pozostałe dwa, jestem ciekawa Twojej opinii :).