Byłam, widziałam, nawet dwa razy. Za pierwszym razem bawiłam się dobrze, film jest zabawny, sprawnie nakręcony, wygląda ładnie. Okazuje się, że Chris Hemsworth ma talent komediowy. Rozumiem wszystkie zachwyty i pozytywne oceny. Jeśli macie ochotę na fajny film superbohaterski, idźcie do kina. Ale opuściłam salę z dużym poczuciem niedosytu. Nie czułam tego powiewu świeżości, o którym czytałam w kilku recenzjach, raczej miałam poczucie, że to odgrzewane danie jest.

Poniżej spoilery

Filmy to dla mnie opowieści. Pod koniec seansu mam trochę w nosie efekty specjalne, cameos i wszelkie mrugnięcia okiem do widzów, jeśli historia mnie nie porwała, od błędów logicznych bolą zęby, a bohaterowie nie przekonali do siebie. Taika Waititi zaserwował mi opowieść porwaną, gdzie właściwa historia i relacje między bohaterami mają drugorzędne wobec fajowskich pomysłów i scenek. Serenity z IMHO słusznie zauważyła, że „ktoś tu chciał za dobrze się bawić”. Przez co powstał film, który się nie klei. Ani sam w sobie, ani jako trzecia część serii.

Na początku wyglądało, że dostanę  family drama, a bohaterowie wreszcie mają zamiar porozmawiać jak dorośli ludzie. Wyglądało, że film będzie o radzeniu sobie z niechcianą przeszłością, dziedzictwem i ostatecznym rozliczeniem Odyna. Te wątki wracają co jakiś czas, zwłaszcza gdy na ekranie pojawia się Hela, ale nigdy nie są rozwijane. Głównie dlatego, że czas antenowy zabiera im Sakaar. Reżyser podjął też śmiałą decyzję i wyeliminował z franczyzy postaci drugoplanowe obecne w niej od początku. Fandral i Volstagg giną jak trzecioplanowi statyści, Hogun co prawda przetrwał nieco dłużej (i okazał się być naprawdę skutecznym przeciwnikiem Heli), ale za to znowu wrócił mu ten koszmarnie stereotypowy akcent. Lady Sif się nie pojawia i nikt o niej nie pamięta, a wypisanie Jane z franczyzy wypisało także Darcy i Selviga (czego żałuję, bo bardzo ich lubiłam. A wątek Lokiego mierzącego się z konsekwencjami swoich czynów byłby naprawdę fajny).

Co dostałam w zamian? Korga. Nudną, na siłę zabawną postać, która nie tylko ma za dużo scen, ale wpycha się tam gdzie jej nie potrzeba. Grandmastera, który mnie zupełnie nie porwał, aczkolwiek rozumiem zachwyty (jestem mocno nieczuła na urok Jeffa Goldbluma). Wprowadzony i olany wątek Bruce’a Bannera, swoją droga czy twórcy chodziło o to by pokazać jakim dupkiem jest Thor? Jeśli tak, wyszło naprawdę dobrze. Wprowadzony bez pomysłu wątek Skurge’a, który jest mocno kartonowy i nawet nie dane mu było ładnie umrzeć. Oraz zupełnie niewykorzystaną relację Hulk/Bruce Banner- Walkiria (tak, w tym filmie jedna z głównych postaci nie ma imienia. Natomiast dość przypadkowa postać z otoczenia Grandmastera imię ma).

Budowa świata… liczyłam na to, że Asgardczycy będą jednak ciekawszym narodem, ale w sytuacji kryzysowej zachowują się jak wszyscy cywile w filmach katastroficznych (tak swoją drogą, w Mrocznym świecie wyraźnie widać, że Volstagg miał dużą rodzinę. Moglibyśmy śledzić ich losy, zamiast zupełnie przypadkowych postaci). Trochę mnie też zastanawia, czemu skoro w pierwszym Thorze Loki wprowadził lodowych gigantów do Asgardu tajnym przejściem, Heimdall nie wykorzystał go do ewakuacji, tylko upierał się przy Bifroście. Mroczna przeszłość Asgardu zapowiadała się ciekawie, ale ten wątek film też porzuca gdy tylko Hela dostanie potrzebne zabawki (albo niepotrzebne, bo Fenris jest w tym filmie po nic). Skoro upiory Heli można zabić zwykłą bronią, czemu nikt nie próbuje tego robić? Dlaczego nagle asgardczycy mają takie same normy kulturowe co my? Czemu właściwie Hela i Skurge zawrócili przed drzwiami twierdzy? I co to się stało, że Odyn „Wcale nie jesteśmy bogami” nagle staje się Odynem „No jasne, że jesteśmy”, a Thor nawet tego nie komentuje?

Miałam też nadzieję, że skoro w walce bierze udział dwóch magów, zobaczymy coś ciekawego. Niestety, i Loki i Hela jakby zapomnieli, że magia można robić coś więcej niż tylko wyczarowywać broń miotaną, więc jest nudno. Zdecydowanie bardziej podobały mi się walki w Mrocznym świecie. Mam wrażenie, że największy wysiłek włożono w walkę Thora i Hulka na arenie, która choć bardzo efektowna, niewiele wnosi do fabuły. No i to okropne CGI… serio, w porównaniu z poprzednimi filmami mamy tu ogromny krok w tył. Hela bardzo często wygląda jak figurka z ciastoliny, w niektórych scenach widać źle nałożone tło, a upiory są jak wyjęte z cutscenek w grach. Za to Hulk jest zrobiony naprawdę dobrze do ostatniego włosa na klacie.

Warstwa komediowa… dopóki dotyczyła głównych bohaterów, była w porządku (strasznie mi się podobała opowieść o wężu). Ale zarówno dowcipy a la Strażnicy, jak i rozbudowana rola Goldbluma nie zrobiły na mnie wrażenia. A nie, przepraszam, zmęczyły mnie na pierwszy seansie. Na drugim już tylko irytowały. Po części to na pewno kwestia tego, że to nie jest mój rodzaj humoru. Ale było też tego za dużo, a dowcipy rozwleczono. W dodatku film stara się bardzo szybko rozładować patos humorem, co sprawia, że co najmniej dwie postaci zostają pozbawione satysfakcjonującego zakończenia, a widz nie ma kiedy przeżyć emocji.

Ale żeby nie było, że tylko marudzę-aktorsko film wymiata. Anthony Hopkins grający Toma Hiddlestona grającego Lokiego grającego Odyna to perełka. Thor i Loki mają na ekranie świetną chemię, nieważne czy właśnie dyskutują, próbuję się zamordować czy wreszcie pogadać od serca. Nawet solo Chris Hemsworth jest zaskakująco dobry. Hela jest cudownie zła i szalona, ale nie przeszarżowana aktorsko (bo fabularnie to inna sprawa). W niektórych scenach udaje im się odzyskać shakespearian vibe, za który bardzo lubiłam poprzednie Thory. Karl Urban robi co może z tym co mu dano. Bardzo podobał mi się sposób prowadzenia Hulka, a Stan Lee ma tu chyba najlepsze cameo ever.

Natomiast muzycznie film jest żaden. Mamy Immigrant song i jakieś plumkanie w tle (ciekawą muzykę ma jeszcze doktor Strange). A skoro reżyser zapatrzył się w Strażników galaktyki, to czemu nie w warstwie muzycznej? Ciekawych utworów z lat siedemdziesiątych jest mnóstwo, tylko brać i przebierać. A dostałam odpowiednik muzyki w windzie czy galerii handlowej.

Tak bardzo chciałabym napisać pean na cześć. Ale, cholera, nie mogę, bo coś tu poszło mocno nie tak. Nie twierdzę, że to wszystko wina Taiki Waititiego, ale jeśli reżyser tak bardzo nie był zainteresowany nakręceniem trzeciej części serii, może należało ten film dać komuś innemu? A Waititiemu pozwolić zrobić film o Sakaarze? Wszyscy by na tym skorzystali. A tak, dostałam film, który nie jest ani ciekawą trzecią częścią, ani nie radzi sobie sam w sobie. Bo Strażnicy Galaktyki są dużo lepszą komedią, Thor Mroczny świat dużo ciekawszym kosmicznym fantasy.

A miało być tak pięknie.