Na Atomic Blonde szłam pełna nadziei. Kupił mnie trailer (ja wiem, jestem łatwa, ale ten zwiastun wyglądał bardzo ciekawie). I mogłabym napisać o wszystkich małych i dużych rzeczach, które są w tym filmie i pokazują, że reżyserowi się chciało. O pięknych estetycznych ujęciach. O odtworzonych realiach (wypatrujcie niebieskiego malucha!). O tym, jak zmienia się gra Charlize Theron w trakcie. O świetnie dobranej muzyce. O tym, że każdy miłośnik neonów powinien być zachwycony tym filmem. Jest w tym filmie dbałość o szczegóły i staranie by był estetyczną perełką.

Tylko, że to wszystko nie ma znaczenia, skoro film nie działa. A nie działa, bo zabrakło w nim fabuły i spójnej wizji. Atomic Blonde chce jednocześnie być filmem komiksowym, poważnym thrillerem, filmem szpiegowskim spod znaku Bonda, a na końcu trochę Roninem. I zupełnie jej to nie wychodzi.

Agenci szukający potencjalnie zabójczej dla nich listy w Berlinie w ostatnim tygodniu istnienia Muru- to brzmi naprawdę dobrze. Możnaby z tego zrobić rasowy, pełen mroku thriller, jakie kręcono w latach osiemdziesiątych. Jednak poza kilkoma momentami (scena w kinie) nie czuć atmosfery zagrożenia czy niepewności. Cała intryga pływa gdzieś pomiędzy kolejnymi spacerami po Berlinach, większość akcji dzieje się w ostatniej ćwiartce filmu, a zwrotom akcji brak finezji. Wiadomości o narastającym napięciu po wschodniej stronie Muru mają dodać realizmu, ale, moim zdaniem, się nie sprawdzają. I już nie mówię o tym, że jeśli ktoś zwraca uwagę na szczegóły, to pierwszy plot twist dotyczący Lorraine przewidzi.

To, że każdy aktor gra w innym filmie, tylko pogarsza sprawę. Bo James McAvoy gra w prequelu do Ronina, Charlize Theron gra żeńską wersję Bonda (Craig era), Sofia Boutella trochę w Bondzie trochę we współczesnym filmie akcji. Toby Jones i John Goodman w serialu BBC. Co nie znaczy, że grają źle, ale zazwyczaj są zupełnie obok siebie. Jest jeszcze Bill Skasgard, który gra sympatycznego łotrzyka.

Nie wiem, czy głównym problemem filmu nie jest fakt, że miłość do estetyki lat osiemdziesiątych przesłoniła twórcom świat. Są w tym filmie sceny niepotrzebne, ale zawierające w sobie kawałek popkultury (Scena z deskorolką. Come on, wszyscy wiemy, że w takich filmach agenci KGB to bezduszne swołocze). Zamiast nich możnaby dorzucić trochę fabularnego mięsa. Walki na sprzęt domowy są fajne, ale jest ich za dużo i chyba chodzi tylko o pokazywanie tych wszystkich starych magnetofonów i kuchenek. Z drugiej strony walki są dość realistyczne i brutalne, tylko strasznie długie. I dość nużące. A z drugiej strony, nie było nikogo z charakterystyczną fryzurą i w ogóle te lata osiemdziesiąte były straszliwie eleganckie.

Ponarzekam jeszcze na końcówkę. Bo nagle dostajemy zupełnie nowe rozwiązania estetyczne (bohater zwraca się bezpośrednio do kamery, wykrzykując swoje expose; zachlapany krwią ekran), rozbite samochody magicznie znikają, człowiek topi się kilkanaście sekund po wpadnięciu do wody, a ponoć najlepszy agent wybiera wyjątkowo kretyńską metodę usunięcia pewnej osoby. Ostatnie sceny filmu trochę mi to wynagrodziły, ale jakiś niesmak pozostał.

Ja naprawdę chciałam się na tym filmie dobrze bawić. Ale nie mogłam. Bo co z tego, że jest ślicznie, są dobre sceny, a niektóre wątki są ciekawie napisane (romans Lorraine i Delphine jest chyba jedynym napisanym w całości), skoro całość nie działa. Mogę założyć, że reżyser nakręcił spójne genialne dzieło, które mu złośliwy montażysta zepsuł, ale what are the odds? Mam wrażenie, że twórcom drzewa przesłoniły las i skupili się na szczegółach, zamiast najpierw zająć się fabułą.

I strasznie żałuję, bo bardzo chciałabym go polecić. No ale się nie da. Chyba, że jesteście fanem kogoś z obsady, albo kochacie estetykę lat osiemdziesiątych. Albo neony.

PS. Tak, wszystkie użyte w tekście kadry pochodzą z tego samego filmu. I tak, film też tak skacze między paletami i temperaturą ujęć.