Mam za sobą półtora sezonu Daredevila i Jessikę Jones. Nie widziałam Luke’a Cage’a, a Iron Fista zaledwie trzy odcinki. Nie dlatego, że uznałam że to straszna klapa, ale był tak bardzo meh. Pomyślałam, że zaznaczę bo mój odbiór serialu może być inny niż kogoś, kto widział wszystkie składowe. Nie miałam też żadnych oczekiwań, poza ciekawym wątkiem dla Jessiki.

Dalej czyhają spoilery!

Serio, mnóstwo spoilerów!

Czy The Defenders to serial udany? Średnio. Ma dobre pomysły, ciekawe sceny, ale im bliżej końca tym bardziej się gubi i osuwa w scenariuszową łatwiznę (co można poznać po tym, że rośnie ilość walk, które niczemu nie służą, ale są też poważniejsze problemy). Ma też mnóstwo zmarnowanego potencjału.

Najbardziej zmarnowana jest, oczywiście, Ręka. Nie dość, że jej potęga jest czysto deklaratywna (poza nasyłaniem band zamaskowanych wojowników nie utrudniają życia naszym bohaterom w żaden sposób), to jeszcze dialogi między bohaterami służą głównie ekspozycji. I mogę zrozumieć, że Palce widzą się po dłuższym czasie, nie wszyscy są na bieżąco, ale oni sobie tłumaczą wszystko! Zaskakująco mało przy tym mówiąc o ważnych rzeczach. Nie wiem kto się z kim lubi, kto komu najczęściej podkładał świnię. Jak dokładnie brzmi przepowiednia dotycząca Black Sky.

Poza tym, po co w tym serialu jest Alexandra? Wyraźnie odstaje od reszty zarządu, ginie zanim fabuła wejdzie w decydującą fazę, a motywy jej działania zostają zupełnie niewykorzystane. W rezultacie mamy Kapitan Ekspozycję o wysublimowanym guście (który opiera się na uwielbieniu muzyki klasycznej i malarstwa renesansowego- what a cliche!). Ja to już gdzieś widziałam.

W dodatku, scenarzyści nie bardzo mieli pomysł na ostateczną konfrontację, więc znacząco obniżają inteligencję złoli w drugiej połowie serialu. I nagle grupa ludzi zdolnych przez wieki zarządzać wielką organizacją pozwala przejąć nad sobą władzę niedoświadczonej dziewczynie, złapać się jak zające w sidła Defendersom i jeszcze nie zadbać o drogę ewakuacji. Bo powody. Gdyby Ręka przegrała bo po śmierci Alexandry doszło do wewnętrznych walk i bohaterowie to wykorzystali, kupiłabym to.

Na drugim miejscu jest Danny Rand. Co prawda, ten serial uświadomił mi dlaczego mam taki problem z Iron Fistem. On jest zwyczajnie za stary. Gdybym miała na ekranie nastolatka, który angstuje, nie daje sobie rady z odpowiedzialnością i ma poczucie, że wszystko leży na jego barkach, nie miałabym problemu. Ale mam dorosłego faceta i już mi zgrzyta, bo jednak powinien być dojrzalszy emocjonalnie. Zwłaszcza, że serial stara się ustawiać Luke’a Cage’a jako jego mentora.

Zresztą, serial nie bardzo ma pomysły co zrobić ze swoimi białymi męskimi bohaterami. I Danny i Matt mają kiepskie wątki, tak się trochę pętają pod nogami reszcie postaci. Mają fajne sceny, ale tak naprawdę są bo są (i po to by klepać najbardziej niekompetentnych ninja świata). A już sposób rozwiązania wątku Daredevila sprawił, że złapałam się za głowę. Serio, kiedy nagle zaczęłam oglądać serial dla nastolatek?

Brakowało mi Nowego Jorku. O ile bohaterowie bardzo często deklarują, że robią coś dla miasta, chodzi im o obronę miasta, że miasto… odniosłam wrażenie, że bardziej chodzi o osobiste traumy, udowodnienie sobie czegoś, a nie miłość do metropolii. Niby widzimy panoramy czy łatwe do zidentyfikowania budynki, ale albo są to migawki albo w scenach pojawiają się tylko antagoniści.

No to skoro ponarzekałam, to teraz o tym co mi się podobało. Podobały mi się wszystkie sceny rodzajowe- Matt i Jessica detektywujący razem, dyskusje Luke’a i Danny’ego. Szkoda, że było ich tak mało. Spokojnie możnaby poświęcić kilka sekwencji walk. Fajnie, że podobne migawki dostawaliśmy też po stronie złoli, Madame Gao i Aleksandra karmiące gołębie to jedna z moich ulubionych scen w serialu.

Drugi plan serialu, który często był ciekawiej napisany i lepiej zagrany niż pierwsza linia. Liczyłam nawet, że dostanę odcinek dziejący się tylko na posterunku, pokazujący relacje między nimi. Nie dostałam, ale doszło do tego, że bardziej ciekawiły mnie ich działania i problemy niż głównej grupy. Kiedy Defendersi okładali się z kolejnymi falami ninja (serio, dziesięć minut kopania i wszyscy nadal stoją. Co za niekompetentni zabójcy!), trochę wyżej Gals Commando złożone z pielęgniarki, policjantki i instruktorki sztuk walki zrobiło dużo więcej w krótszym czasie. Scena z Foggym i Karen w kościele byłaby doskonałym zakończeniem sezonu.

Podobało mi się powolne tempo łączenia bohaterów. Wiele osób na to narzekało, ale oni chyba widzieli wszystkie seriale. Ja nie i podobało mi się, że mam szansę poznać Luke’a zanim zacznie się główna akcja. Przy okazji mogłam poznać wszystkich bohaterów drugoplanowych i poczuć do nich sympatię. To nie jest produkcja pełna błyskotliwych onelinerów, chociaż ma dość dużo humoru, od tego jest główne MCU. Przy czym, poza walkami, nic mi się nie dłużyło i oglądałam z przyjemnością. Obawiałam się połączenia wyszkolonych wojowników z w miarę zwyczajnymi osobami, ale te walki były najciekawsze.I tak na marginesie, to druga produkcja na jaką trafiłam, w której japoński aktor gra po japońsku i przyznam, że mi się to podoba. Gdyby pozostali mówili w swoich rodzinnych językach, byłoby to jeszcze ciekawsze, ale nie wiem czy strawne dla widza.

Wizualnie, serial jest bardzo ładny. Opisywany wszędzie zabieg ze światłami mi się podobał, nie miałam poczucia, że ktoś stara się walić mnie łopatą po głowie. Za to niekiedy było trochę za ciemno. Natomiast montaż mnie nie przekonał. Czasami robił dziwne rzeczy i nie ułatwiał śledzenia akcji, zwłaszcza w trakcie walk.

Czy warto? Warto, jeśli widzieliście inne seriale i polubiliście któregoś z bohaterów. Warto dla postaci drugoplanowych. Warto, jeśli dopiero zaczynacie przygodę z netflixowym marvelem i chcecie zobaczyć z czym to się je. I warto, żeby zobaczyć jak ktoś pierze Danny’ego.