Piąta część Piratów z Karaibów: Zemsta Salazara jest jak sukienka Cariny, głównej bohaterki. Otóż ma ona sznurowanie z tyłu, ale jednocześnie jest rozpinana z przodu, więc to sznurowanie jest niepotrzebne. Ma też magicznie znikającą halkę. I tak jest z historią w tym filmie. Bo z jednej strony mamy starą gwardię, którą ścigają demony przeszłości, z drugiej nowych bohaterów i film nie wie, o kim chce nam opowiadać. A czasami nie opowiada nam o niczym. W rezultacie nie opowiada nam właściwie żadnej historii, nikt z aktorów nie ma czasu się „rozpędzić” (no, poza Rushem, który robi co może), nawet nie za bardzo jest czas na spektakularne walki.

Z jednej strony bawiłam się całkiem dobrze, film ma swoje momenty (zombie rekiny! Każdy atak statku upiorów! Scena egzekucji!), z drugiej to pierwszy film z tej serii, który mnie znużył. Do tego stopnia, że nie czekałam na scenę po napisach. Jest za długi i brak mu werwy. Dowcipy są przeciągane ponad miarę („horologist”; napad na bank), niektóre sceny są niepotrzebne (shotgun wedding, wujek Jack). I nawet nie będę wspominać o kiepskim odmłodzeniu Jacka w niektórych scenach, bo pokazano je w zwiastunach.

A dalej czyhają spoilery i marudzenie.

No więc podoba mi się to rozwiązanie, ale po co ona ma jeszcze sznurowanie na plecach? Ani to wygodne ani praktyczne ani sensowne.

Szkoda, że nie zaufano młodym bohaterom, bo są całkiem ciekawi i byliby w stanie pociągnąć film, gdyby tylko dać im coś do roboty. Niestety, twórcy nadal uważają, że najciekawszą i najzabawniejszą postacią w serii jest Jack Sparrow i po raz kolejny robią z niego głównego bohatera. Według mnie, Jack spisuje się najlepiej jako postać drugoplanowa, bo kiedy jest na ekranie zbyt długo, widzimy że jest w sumie smutnym dupkiem, wybaczcie mój klatchański. Zwłaszcza, że scenarzyście nie mieli żadnego pomysłu co z nim zrobić.

Na powiązanie nowych bohaterów z weteranami, scenarzyście mieli pomysł tylko na jedną osobę. Druga wymagała wyrzucenia do kosza kanonicznych wydarzeń i charakterystyki postaci z poprzednich filmów, a i tak nie zadziałało. Tak, wątek młodego Turnera gryzł mnie bardziej niż Cariny. W świecie, w którym umarli napadają na statki, istnieją syreny i krakeny, naukowczyni może szukać Trójzębu Posejdona (zwłaszcza, że uważa to za wypełnienie testamentu ojca). Ale kiedy film wyrzuca kawałek historii świata i postaci do kosza, to jego wewnętrzna logika się rozpada.

Z jakiegoś powodu Will Turner odczuwa skutki klątwy jak Davy Jones (mimo że nie powinien, bo to nie była klątwa.). Elizabeth, nie robi nic ani z tym że jej męża przeklęli, ani z synem (nie wierzę, że ona tak by to zostawiła. My tu podobno mamy XVIII wiek, panowie scenarzyści, wnuczek gubernatora nie tak zaczynałby służbę w marynarce. Z drugiej strony St.Martin od 1648r. jest holendersko-francuska, więc co tam robiła brytyjska marynarka?). Ale nie, Król Piratów jest nieobecna przez cały film, aż sądziłam, że zginęła i stąd cały ambaras z klątwą. Zaś jej syn, który intelekt odziedziczył po tatusiu, bardzo stara się dać zabić.

Wiem, że ci trudno, stary, ale uwierz mi, kilogram koszteli i wszystkie smutki miną. To co, gryza?

Carina zaś szuka ojca, po którym został jej tylko notes. I tak, jest to wątek klasyczny i ograny, nawet zwrot akcji jest przewidywalny. Ale daje motywacje, pogłębia charakterystykę przynajmniej jednej postaci i nie rozbija mitologii świata. Gdyby tylko film pozwolił mu się rozwinąć i wybrzmieć, a nie wciskał w ostatni akt, w którym już nie ma na to czasu. Mamy świetny występ Rusha i ze dwie emocjonalne sceny, ale historia kończy się zanim się właściwie rozpoczęła.

Oraz, przez wszystkie sceny z Barbossą i Salazarem czekałam aż Hector zauważy, że on też był morskim upiorem, wie jak to jest i w ogóle. I mogli wspólnie schrupać jabłko. Generalnie, panowie mają ze sobą wiele wspólnego i mógł to być początek pięknej przyjaźni. Ale nie było czasu ani pomysłu ani na ich relację ani na Salazara (to w sumie smutne jak bardzo nijaki jest przeciwnik w tym odcinku. Zaczyna całkiem ciekawie, pierwsze sceny są obiecujące, ale potem zostaje zredukowany do przygłupka goniącego za Jackiem. Najlepszą jego cechą jest ładna wizualizacja).

Czy obejrzę kolejny odcinek Piratów? Pewnie tak, chociaż nie jestem pewna czy w kinie. Dużo zależy od tego o kim i o czym będzie to historia. Jeśli, jak sugeruje scena po napisach, wróci pewna postać, to poczekam na DVD/aż puszczą film w telewizji.

  • Maja Córka Zegarmistrza

    Co do tej sukienki…
    Cóż, wiązanie z tyłu to taki fetysz filmów kostiumowych – jest film kostiumowy, jest wiązanie z tyłu, bez względu czy ma to sens czy nie. Dużo na ten temat miały do powiedzenia panie z Frock Flicks, ale teraz nie mogę znaleźć wpisu. Bez obejrzenia filmu nie powiem CI na pewno, czy to były zatrzaski a znam się zbyt słabo, by powiedzieć jak bardzo byłyby historyczne (zgaduję: nie bardzo, spodziewałabym się raczej guziczków). O ile wiem, w XVIIIw raczej suknie były zamykane z przodu, tam chyba łatwiej było zamknięcie ukryć.
    Co do kapitana Jacka… cóż, większość ludzi uznaje, że lepiej sprawia się jako postać drugoplanowa. Niestety, jest też wizytówką serii, Depp to ich duże nazwisko – może być Depp bez piratów, ale wygląda na to że studio uznaje, że nie może być Piratów bez Deppa, co pozwala mu dyktować warunki. Na przykład sprzeciwić się kobiecej antagonistce (jeśli wierzyć plotkom). Jest duża szansa, że gdyby miał mniejszą rolę w filmie, nie zechciałby w nim zagrać.
    Ale ja jego ostatnio znielubiłam, więc nie jestem obiektywna.
    A teraz powiedz mi, proszę, czyją córką jest Carina? 😀

    • Ewa Serenity Iwaniec

      Barbossy. Co ujawnione zostaje w scenie tak słabej, a tak przewidywalnej, że nawet emocjonalne zakończenie wątku Hectora nie poprawi sytuacji.

      • Znaczy, ta scena miałaby sens, gdyby bohaterowie mieli za sobą pół filmu, w czasie którego zdołali się poznać, nawiązać relację, a potem twist! Ale tutaj to była chyba pierwsza scena między Barbossą i Cariną.

  • Ewa Serenity Iwaniec

    Scena z wujkiem Jackiem może najpotrzebniejsza nie była, ale cameo Paula McCartneya podobało mi się bardziej niż cameo Keitha Richardsa w Skrzyni Umarlaka. Wujek Jack przynajmniej był zabawny, w przeciwieństwie do większości żartów w tym filmie (ugh, scena z bankiem była by cudowna, gdyby trwała krócej i było w niej minimum Jacka; żarty z hornologist mogli sobie odpuścić, bo były tak niskiej jakości, że aż strach).

    • To był Paul McCartney? Nie poznałam i jednak wolę Richardsa, jego postać miała przynajmniej jakąś wartość fabularną. Ale rozumiem Twoje argumenty.
      Też myślałam, że te żarty są złe (chociaż horologist-whorelogist było całkiem spoko. Przez pierwsze kilkanaście sekund). A potem była cała sekwencja ze ślubem.