Niestety, drogi Internecie, koleżanka nadal jest na urlopie, więc będziesz musiał przecierpieć kolejną porcję zachwytów nad Doktorem Who. W poniedziałek będzie tu normalny post książkowy, recenzja Długiej Ziemi, więc jeśli Doktora nie lubi, zapraszam w poniedziałek.

Wpis został stworzony w piątek, potem zajęłam się szukaniem odpowiednich obrazków i trochę mi to zajęło.
Jest to chyba najbardziej zaobrazkowana notka w historii tego bloga. Ale nie mogłam się powstrzymać. 
Bardziej epicko zakończyć sezonu już się nie dało chyba. To znaczy, pewnie by się dało, ale ciężko przebić małą niebieską budkę telefoniczną ciągnącą Ziemię przez pół Wszechświata. Przez chwilę było tak radośnie i sympatycznie, że uwierzyłam w szczęśliwe zakończenie. Zresztą, większość je dostała. 
Ale wróćmy na chwilę do mojej ulubionej sceny całego sezonu, z epizodu Forest of the dead.
Potwór odcinkowy zrobił co mu Doktor kazał i po szybkiej lekturze  przypomniał sobie, że zostawił czajnik na gazie. W sąsiedniej galaktyce. 
Nie wiem jak Wy, ale mój wewnętrzny mól książkowy wyciągnął pompony i odtańczył taniec radości. 
W ogóle cała historia z biblioteką, w której coś zjadło wszystkich czytelników była bardzo w moim stylu. A że scenariusz napisał Moffat, to znowu się bałam (tym razem ciemności i tego co w niej się czai), ale jakoś mi to nie przeszkadzało. 
No a potem… a potem wszyscy poza Doktorem i Donną dostali szczęśliwe zakończenie. I ja rozumiem, że tak trzeba, skoro zmieniał się szef projektu i chcieli nowego Doktora, ale to było tak strasznie niefair! To znaczy bardzo się cieszę, że Rose dostała co chciała, należało jej się. Ale związek między Donną i Doktorem był wyjątkowy. W całym tym zatrzęsieniu zafascynowanych i zakochanych w Doktorze postaci, Donna jako jedyna zaoferowała prawdziwą przyjaźń. I może dlatego czwarty sezon tak strasznie mi się podobał, bo odszedł od schematu Doktor+fanka? W ogóle olał serialowy kanon, że między dwójką bohaterów płci odmiennej musi być napięcie erotyczne.
A na początku zupełnie nie mogli się dogadać…
Okazuje się, że do podróży kosmicznych lepiej nadaje się kumpel, nie zakochana laska. Nie trzeba cały czas jej imponować, w razie czego pomoże podjąć trudną decyzję i pilnuje pleców. Ona dzięki niemu stała się lepszym człowiekiem, on nadal mógł wierzyć w ludzkość (która to ludzkość robiła co mogła, by go tej wiary pozbawić). Scena ich rozstania dla mnie smutniejsza niż pożegnanie z Rose.
Nikt nie powinien być zmuszony do wymazywania się z życia przyjaciela. To powinno być jakieś kosmiczne prawo.  
Inna sprawa, że bez Davida Tennanta to nie byłoby to. Jest tak wiarygodny w roli Doktora i ma tyle uroku, że ciężko go nie polubić. I jak on paczy! Rzadko zdarza się by ktoś spojrzeniem przekazywał tyle emocji i robił to tak dobrze. (Ma to miejsce nie tylko w Doktorze- w Blackpool był w stanie zmienić typowe instalove w wiarygodny wątek.) Przez niego uwierzyłam w Doktora- Dziewiątego oglądałam z przyjemnością, ale bez fajerwerków, Dziesiątego przeżywałam.
przyklad Tennanta paczącego. Obrazek stąd.
O Jedenastym będzie innym razem. Na razie muszę ochłonąć, inaczej biedakowi może się oberwać bardziej niż zasługuje.