Bo jak mordować to elegancko- bardzo spóźniona recenzja Morderstwa w Orient Expresie

Ja wiem, że powinno być świątecznie i podsumowująco albo noworocznie i planowo albo chociaż gwiezdno wojennie. Ale bardzo chciałabym opowiedzieć Wam o adaptacji (ekranizacją jednak tego nie nazwę) Morderstwa w Orient Expressie, która jeszcze jest w kinach. I na którą powinniście zdecydowanie pójść, bo to dobry film jest.

Morderstwo w Orient Expresie wyskoczyło na mnie nieco znienacka (tak to jest jak jest listopad i piszę Nanowrimo), więc nawet nie zdążyłam nabyć nadziei, obaw i innych emocji. W każdym razie poszłam do kina bez specjalnych oczekiwań ani obaw. No, poza tym, że zekranizowano jedną z ulubionych książek mej wczesnej młodości, która nieodmiennie kojarzy mi się z Bożym Narodzeniem. Kiedyś co roku dostawałam pod choinkę powieści Agathy Christie, albo oglądałam z ekranizacji. Film Branagha wpisuje się doskonale w okołoświąteczne oglądanie ludzi, którzy mordują się raczej elegancko, a swoje brudy piorą raczej wstrzemięźliwie (w porównaniu ze skandynawskimi odpowiednikami). Oglądając go miałam to miłe ciepłe uczucie świątecznej rozrywki (którego na przykład ekranizacja z 1974 we mnie nie wywołuje, mimo Seana Connery i Ingrid Bergman w obsadzie. Poirot Alberta Finneya mi bardzo nie leży.).

Morderstwo w Orient Expresie to taki fajny film jest! I bardzo przyjemny do oglądania. Podobało mi się wszystko- od wybranej estetyki, przez Branaghowej interpretacji Poirota, po zmiany w scenariuszu. Nie ze wszystkimi zmianami się zgadzam, to oczywiste. Ale większość uważam za dobry krok ku uwspółcześnieniu historii.

Zajmijmy się kwestią najważniejszą- Poirotem. Od początku wiedziałam, że to nie będzie Poirot a la Suchet, Branagh nie ma po temu warunków, jest za wysoki i za przystojny. No i dostałam młodszą, bardziej energiczną wersję detektywa, który jednak zachował w sobie mnóstwo ciepła książkowej postaci. Czasami może nieco zbyt dramatyczną, zwłaszcza w finałowych scenach wyłazi z aktora Szekspir, ale bardzo przyjemną do oglądania. I słuchania, bo akcent Poirota jest doprawdy cudny (jakby co, na Storytel jest audiobook morderstwa czytany przez Branagha, więc możecie nawet jeśli nie pójdziecie na film, możecie posłuchać jak ten akcent brzmi).

Plakat ekranizacji z 1974 roku

Grecki doktor i angielski pułkownik z Indii zmienili się w czarnoskórego lekarza z Ameryki. Dzięki temu film mógł powiedzieć nam coś ciekawego i bardziej aktualnego, pozbyto się też większość strasznych stereotypów z powieści (przesłuchałam ją sobie, żeby ustalić co pozmieniano i ilość wrednych stereotypów lekko mną wstrząsnęła, zwłaszcza że pasażerowie należą do ludzi wykształconych. Ale w wersji książkowej angielski kolonializm trzyma się mocno, uprzedzenia wobec Włochów, kobiet i czarnoskórych takoż). Dopisano też wątek romantyczny Poirotowi, który nie do końca mnie przekonuje, ale rozumiem, że trzeba jakoś tego ekscentryka oddzielić od Holmesa. Szwedzka misjonarka zmieniła się w Latynoskę, zyskała też nieco pazura, chociaż to bardziej zasługa aktorki. Pani Hubbard straciła nieco ze swojej kwokowatej głupoty, co mnie bardzo ucieszyło bo w powieści to bardzo męcząca postać. Jedynie monsieur Bouc, zmieniony z odpowiednika Watsona w młodego hulakę, nie do końca mi odpowiadał. Nie bardzo widzę jak Poirot mógł się z kimś takim zaprzyjaźnić.

A jak przy aktorach jesteśmy- Morderstwo w Orient Expresie jest świetnym filmem pod tym względem (zresztą, spójrzcie na obsadę). Tak, to jest bardzo jak brytyjski film z kilkoma gościnnymi występami Amerykanów. I nie, nie umiałabym powiedzieć kto mi się najbardziej podobał. Ale sposób w jaki spojrzenie Willema Dafoe zmienia się gdy opowiada o Suzanne! Monolog Michelle Pfeiffer w finale! Spokojna godność księżnej Judi Dench! Daisy Ridley! Olivia Coleman! W tym filmie mnóstwo jest takich perełek, a reżyser pozwala aktorom się „wygrać”, nie pędzi z akcją do przodu. Nie wiem jak, ale Branagh nawet Johnny’ego Deppa zmusił do grania i sceny z nim ogląda się całkiem przyjemnie. Zwłaszcza tę z ciastkiem.

Wizualnie film też jest przepiękny. Teoretycznie nie ma za wiele do pokazania, akcja dzieje się w pociągu który utknął w zaspie. Ale każde ujęcie stara się być nie tylko użyteczne by opowiedzieć historie, ale ładne. I jeszcze spójne z resztą. Wpadło mi w oko kilka nawiązań do scen z ekranizacji z 1974, ale widziałam go na tyle dawno, że nie będę się w temat zagłębiać (natomiast jeden z plakatów zdecydowanie nawiązuje). No i te wszystkie szczegóły! Sposób w jaki ubrania pokazują nam kim są postaci! Lampy! Gra kolorami!

No dobrze, czy jest coś co mi się nie podobało?

Oczywiście! Nie przekonał mnie nowy Bouc. Nie do końca podobała mi się przesada końcowych scen, zarówno pod względem natłoku akcji jak i teatralności. Z drugiej strony, ta historia jest bardzo teatralna, więc to jestem skłonna wybaczyć. Natomiast strzelaniny mogłoby w filmie spokojnie nie być. Trochę zawodzi montaż, bo kilka znaczących wskazówek zostało wyciętych (nie ma na dobrą sprawę wyjaśnienia, dlaczego Poirot od razu odrzuca hipotezę, że morderca opuścił pociąg).

Ale mimo to, wyszłam z kina zadowolona i oczarowana i chętnie obejrzę film jeszcze raz, a najlepiej kilka razy. Bo opowiada on bardzo znaną historię w taki sposób, że jest ona ekscytująca i wciągająca, także na poziomie emocjonalnym. Dawno tak mnie nie ucieszyła wiadomość, że film doczeka się kontynuacji. I to będzie Śmierć na Nilu!

Poniżej znajdziecie opinię Męża, który poszedł ze mną do kina, mimo że nie czytał książki. Film zrobił na nim na tyle duże wrażenie, że spisał swoją opinię.

Muszę przyznać, że wyszedłem z kina zadowolony z seansu. Owszem, było sporo zgrzytów, jednak całościowo film uważam za dobry. Nie jestem przesadnie wymagającym widzem, mimo to nadal wiele rzeczy w filmach potrafi mnie zirytować.

Jedną z takich rzeczy był sposób pokazania Poirota. W początkowych scenach został przedstawiony jako dziwak i ekscentryk, zgodnie zresztą z pierwowzorem, ale w późniejszych etapach filmu już nie było tego widać. Jak ktoś jest dziwakiem, to cały czas, a nie tylko przez chwilę. Zabrakło tu konsekwencji. To samo z wątkiem humorystycznym (scena z laską). Jedna scena na początku filmu, a później w zasadzie nic. Czemu to ma służyć? Film pokazuje bohatera w sposób niespójny i niekonsekwentny, nie podobało mi się to.


Kolejna rzecz, to sam Hercule. Począwszy od wąsów, przez głos na zachowaniu skończywszy. W dobie powracającej mody na męski zarost można bez trudu obejrzeć piękne wąsy przystrzyżone zarówno w nowym stylu, jak i retro. O inspirację nietrudno. Niestety, zarost najnowszego Poirota jest, krótko mówiąc, paskudny. Wąsy wyglądają, jakby składały się z dwóch części, które nie do końca do siebie pasują, a to coś pod dolną wargą szpeci dodatkowo. Uważam, że wąsy Davida Sucheta były w dużo lepszym guście. Poza tym, głos. Aktor ma już swoje lata, postać też (co w jednej scenie nawet podkreśla), ale głos tak bardzo nie pasuje mi do fizjonomii, że nie mogłem się do niego przyzwyczaić przez cały seans. Był po prostu za młody.

Kolejna rzecz, to zachowanie, czy raczej postawa, jaką przyjął w pociągu. Przedstawił się, jako „prawdopodobnie najlepszy detektyw na świecie”, po czym zaczął zachowywać, jak pan i władca odbierając ludziom paszporty, rzeczy osobiste, oraz publicznie wyjawiając tajemnice niektórych z pasażerów. MLP (moja lepsza połowa- przypis Ćmy) twierdzi, że to zgodne z realiami książkowymi, mi jednak zupełnie nie podobało się to, że cywil rości sobie takie prawa.

Na koniec drobne nieścisłości realizacyjno-fabularne. Po pierwsze, Poirot otwierając drzwi laską musiał odblokować je również od środka, co by sugerowało, że były od środka zamknięte. Ale jak? W dodatku okno przedziału było otwarte. Nie nasuwa się Wam myśl, że to trop, który należało by sprawdzić, albo chociaż o nim wspomnieć? To aż krzyczy: Morderca mógł uciec oknem! Niestety, nikt nie wspomniał o tym w trakcie filmu, nawet w kontekście fałszywego tropu.

Kolejna rzecz, to wykolejony pociąg i przechylony wagon, który później okazał się stać pionowo, bo przechylona była tylko lokomotywa. Następny w kolejności będzie piorun, który uderzył w pokrywę śniegową tworząc lawinę. Nie kupuję tego. Lepiej by było pokazać, że to grzmoty wywołały osunięcie się śniegu, a nie samo wyładowanie (notabene zsynchronizowane z odgłosem, co oczywiście przeczy zasadom fizyki).

No i takie szczegóły, jak mała ilość krwi po zasztyletowaniu ofiary, brak rozprysków na ubraniu osoby wbijającej ostrze w klatkę piersiową, brak krwi na ustach (przebite płuca!), facet spadający na plecy z paru metrów, który chwilę później wygląda, jakby nic się nie stało, czy ludzie którym nie jest zimno, choć są w dosyć lekkim ubraniu wystawieni na długi czas na mróz. Szczegóły w większości nie wpływające na fabułę, jednak kłujące w oczy.


Na koniec chciałbym napisać co mi się szczególnie podobało. Podobały mi się sceny z jajkami (szczególnie ta w pociągu), scena z symetrią, ujęcia wzdłuż pociągu, gdzie kamera śledzi poruszających się aktorów zza okien, lub znad głowy. Muzyka, która kojarzyła mi się z Sherlockiem BBC, ostatni monolog Poirota, gdzie pasażerowie siedzieli zebrani przy stole w tunelu (czy tylko ja zwróciłem uwagę, że przypominało to Ostatnią Wieczerzę?), a sam detektyw miał łzy w oczach. Sam Poirot również był ciekawie wykreowany. Każdy ma swoje OCD. Mniej, lub bardziej wyeksponowane, ale jednak gdzieś tam się kryją. W jego przypadku były to niegroźne odchylenia od „normy”, z którymi sam mógłbym się utożsamiać, a pokazały, w lekko „Sheldonowym” stylu gościa o ponadprzeciętnej inteligencji, który rekompensuje ją niestandardowym podejściem do życia. Szkoda tylko, że było tego tak mało i zostało upchnięte w kilku początkowych scenach. O samej intrydze niewiele napiszę, bo Agatha mistrzynią jest i basta!

Podsumowując polecam film każdemu. Niezależnie czy przeczytał książkę, czy nie, bo jest to jeden z nielicznych filmów obejrzanych przeze mnie w ostatnich latach, który mógłbym obejrzeć drugi raz. Choćby i po to, żeby przeżyć po raz kolejny scenę przemiany wewnętrznej bohatera, która dosłownie ścisnęła mnie za gardło.