pisanie

O tym, że nie taka redakcja straszna jak ją malują

Redakcja tekstu literackiego to coś, czym straszy się nieopierzonych pisarzy na całym świecie. Wydawnictwo przyjmuje Wasze wypieszczone dzieło, a potem oddaje je redakcji do poprawienia. Która to redakcja zażąda absolutnej zmiany fabuły, stylu, zmusi do używania feminatywów i w ogóle ze Sklepów cynamonowych zrobi Seks w wielkim mieście. Z mojego skromnego doświadczenia wynika, że to bujda na resorach.

Kiedy GW Alpaka przyjęła moje opowiadanie byłam wniebowzięta. Kiedy dostałam maila z redakcją opowiadania, czułam się jak podczas sprawdzania wyników egzaminu. I przez kilka dni była sparaliżowana przeświadczeniem, że pewnie cały tekst jest na czerwono, wszystko źle i  w ogóle pała. Ale kiedy w końcu go otworzyłam (jestem w końcu dorosła i powinnam zachowywać się odpowiedzialnie, prawda?), okazało się, że czerwień w tekście brała się głównie ze zmian formatowania. A poza tym, było kilkanaście uwag i komentarzy. Część dotyczyła niezręczności językowych, część wskazywała na dziury logiczne w fabule. Z żadną nie musiałam się zgadzać, mogłam proponowane zmiany odrzucić.

Tylko to były wnikliwe uwagi, dzięki którym tekst stał się lepszy, więc odrzucanie nie miało sensu. Jak często powtarza mi mój wierny betaczytelnik, zazwyczaj zakładam, że wiele rzeczy jest oczywistych, a wcale nie są. Ja wiem, że to wynika z mojego strachu przed infodumpami i pracuję nad tym, ale nie wszystko wyłapałam. Poza tym, pewną scenę zmieniałam tyle razy, że przestałam zauważać, że jedna z postaci dwa razy wykonuje ten sam gest.

W jednym przypadku zgadzałam się z uwagą redakcyjną, ale nie miałam pomysłu jak problem rozwiązać. Poprosiłam o drugą opinię, ta naprowadziła mnie na właściwie rozwiązanie (nie, to nie było „zrób tak i tak”, tylko „widzę takie, takie i takie rozwiązanie problemu”. Ja znalazłam jeszcze inne, ale sugestie pomogły).

Całe to doświadczenie wyleczyło mnie z lęku przed redakcją. Każdy kolejny mail wywoływał we mnie bardziej ekscytację niż przerażenie. No bo dlaczego miałaby mnie przerażać czyjaś chęć niesienia pomocy? Owszem, robienie zmian pod presją czasu było odrobinę stresujące (bo antologia musiała wyjść w określonym terminie), ale tylko odrobinę. A całe to straszenie złymi redaktorami, którzy niszczą Dzieło to chyba trochę folklor. Albo narzekanie osób, które są zbyt przywiązane do swojej wizji i nie godzą się na zmiany. Ja mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że dzięki redakcji Jak uratować kotka z nawiedzonego domu jest lepsze, a ja się bardzo dużo nauczyłam.

A jeśli chcielibyście przeczytać moje opowiadanie (i wiele innych, doskonałych historii), TUTAJ znajdziecie całą antologię.

Jeden Komentarz

  • Ewan Mrozek

    O, to brzmi kropka w kropkę tak jak i moje doświadczenie z redakcją Alpaki 😀 Świetni ludzie, pomocne, konstruktywne sugestie i wyłapanie baboli, których nie wiem jakim cudem nie zauważyłom ani ja, ani moja narzeczona podczas czytania kontrolnego.
    (Swoją drogą „Jak uratować kotka” to jedno z moich ulubionych opowiadań z antologii i prawdopodobnie doczeka się fanarta jakoś na dniach)

Pozostaw odpowiedź Ewan Mrozek Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *