Z romansami, nawet paranormalnymi, jest jeden mały problem. Jeśli główny wątek romantyczny nie trafi w mój gust, nie mam za bardzo o czym czytać. Steal the light obiecywało, że poza romansem będzie o kradzieży bezcennego artefaktu, a recenzje zachwalały książkę jako ciekawe urban fantasy.

No więc to nie jest urban fantasy, tylko romans z elementami tegoż. Życie uczuciowe bohaterki jest dużo ważniejsze zarówno od planowanego skoku jak i świata przedstawionego. Szkoda, bo wydaje się on ciekawy- sklejony ze znajomych elementów, ale całkiem pomysłowy i nie tak mroczny, jak w wielu innych seriach. Bohaterowie drugoplanowi są ciekawi, dobrze napisani i zabawni. Ich los obchodził mnie o wiele bardziej niż głównej pary.

Niestety, główny bohater stanowi połączenie dwóch najbardziej irytujących tropów o wampirach. „Jestem potworem”+ „Jestem niebezpieczny, trzymaj się ode mnie z daleka, ale pod żadnym pozorem nie zaczynaj nowego życia” tworzą z jednej strony irytującą, z drugiej straszliwie pospolitą postać. A co za tym idzie, nie miałam pojęcia, co też bohaterka w nim widzi. Pod koniec książki okazuje się jeszcze, że Daniel do tego kłamał, zatajał informacje i wmanewrował bohaterkę w małżeństwo. A potem sprzedał. Prawdziwy książę z bajki.

Być może jego poruszająca historia i dylematy moralne poruszyłyby mnie, gdyby nie wspomniane wyżej kłamstwo oraz sztuczność głównego konfliktu romantycznego. Bo całej dramy nie byłoby, gdyby bohaterka i jej amant usiedli i porozmawiali. Niestety, prawda jest odkrywana po kawałku- albo Zoey wyrywa ją Danielowi z gardła, albo Dev stara się jej wyjaśnić, w co się pakuje. Dev to trzeci wierzchołek trójkąta miłosnego i pół fay. Poza tym, całkiem sympatyczny i porządny facet. W ogóle, elfy są najciekawszym elementem Steal the light i tylko dla nich doczytałam powieść do końca.

Poza sztucznym konfliktem romantycznym, powieść opiera się też na Imperatywie Narracyjnym. Postacie ignorują wątki albo informacje do momentu, w którym wyjawienie ich będzie najbardziej dramatyczne. Wszystkie wampiry w powieści twierdzą, że Zoey świeci i mają problem z trzymaniem kłów w ustach. Ale bohaterka pyta o to dopiero pod koniec, kiedy gówno właśnie spektakularnie trafiło w wentylator. Sarah o swoim problemie opowie swoim najlepszym przyjaciołom dopiero gdy stanie pod ścianą, a problem będzie właściwie nierozwiązywalny. Nie żeby ktoś się nim przejął, bo wiecie, Daniel.

Poza tym Autorka serwuje nam trochę mało strawnych mądrości i generalizacji (wszyscy mężczyźni uznają współczucie za uwłaczające, wszystkie kobiety instynktownie wiedzą jak kopnąć w krocze by zadać jak największy ból). Pojawiają się ze dwa dziwaczne czy wręcz głupie pomysły. Umówmy się, jeśli ktoś potrzebuje resuscytacji, to potrzebuje pomocy lekarskiej. Nawet jeśli resuscytację przeprowadzał wilkołak. Zdarzało się też, że bohaterka najpierw zadawała pytanie, a potem uzupełniała odpowiedzi innych dodatkowymi informacjami. Więc w końcu wiedziała czy nie?

Steal the light rozczarowało mnie niewykorzystanym potencjałem. W powieści było dość pomysłu na całkiem ciekawą historię, skok zapowiadał się obiecujaco, ale Autorka postanowiła to utopić pod mało ciekawym romansem. Ale czytało się szybko i całkiem przyjemnie, więc nie był to kompletny niewypał.

Autorka: Lexi Blake
Tytuł: Steal the light
Format: ebook
Źródło: Amazon