Postanowiłam nie pisać na razie recenzji filmu. Chciałam za to napisać o czymś co zachwyciło całą moja kinową grupę, włącznie z osobami, które się znają na komiksach. Mianowicie Sęp. Wpis zawiera spoilery.

Jak zawsze: żadnym ekspertem komiksowym ani marvelowym nie jestem. Wpis dotyczy tylko tego co zobaczyłam na ekranie (i jednym obrazku na wikipedi).

Filmowy Spider-Man do tej pory nie miał szczęścia do złoli. Im dalej w las, tym było zdecydowanie gorzej, więc trochę nastawiłam się, że znowu dostaniemy jakiś przerysowany koszmarek a la ostatni Zielony Goblin czy Człowiek-Nosorożec. Kogoś z zaburzeniami, kto wchodzi w kontakt z tajemniczą substancją i zyskuje supermoce. Albo kogo opętuje jego własna technologia. You know the drill.

Tym bardziej, że komiksowy oryginał wygląda tak.

Tymczasem przeciwnikiem naszego friendly neighbourhood Spider-Man jest średni przedsiębiorca, który ma rodzinę na utrzymaniu. A że w rezultacie Bitwy o Nowy Jork prawie stracił firmę, ale zdobył nieco pozaziemskiej technologii, to przekwalifikował się na handlarza broni. I kilka ładnych lat działał całkiem prężnie, choć na małą skalę. A potem jego ludzie obrobili nie ten bankomat co trzeba i zwrócili uwagę młodego Parkera, który bardzo chce zaimponować Starkowi.

Przyznaję, że nauczona doświadczeniem, czekałam aż któryś z wynalazków wybuchnie i zmieni Toomesa w standardowego złego. I na szczęście, się nie doczekałam. Do końca mamy zwykłego człowieka, co sprawiło, że film stał się świetny.

A tak wygląda wersja filmowa.

Adrian Toomes nawet nie jest zły. Jest bezwzględny, owszem, pracuje z szemranymi ludźmi i ma niejakie problemy z gniewem (ale z drugiej strony, jak się człowiek dowiaduje, że właśnie zbankrutował, to mogą mu puścić nerwy). Serio, niektórzy bohaterowie mają więcej za uszami niż on (a na pewno mają na sumieniu więcej ofiar). A ten nawet ma zasady. Bo nie tylko nie zabija Parkera kiedy ma okazję, a wręcz daje mu szansę na odejście, to jeszcze nie zdradza jego tożsamości. Trochę mi się kojarzył z postaciami ze Steinbacka. Swoją drogą, to ciekawe, że najlepsi złole w MCU kojarzą mi się literacko (patrz: Loki)

To wszystko było bardzo, ale to bardzo odświeżające i sprawia, że Spider-Man wreszcie gra. I bardzo dobrze się ogląda. Ja poproszę więcej Michaela Keatona na ekranie.