Nie czytuję książek Remigiusza Mroza. Przeczytałam Kasację, która spodobała mi się na tyle by ją skończyć, nie na tyle by serię kontynuować. Nie do końca rozumiem więc fenomen pisarza, co w sprawie o której chcę napisać nie jest specjalnie ważne. Jedyne co mnie zawsze zadziwiało, to tempo w jakim pisze książki.

Zapewne słyszeliście o ujawnieniu prawdziwej tożsamości Ove Logmansbo i związanej z tym kontrowersjami. Tak w skrócie, okazało się, że Ove to Remigiusz Mróz, a jego powieści niezbyt rzetelnie opisują rzeczywistość i wzbudziły jednak negatywne emocje u lokalnej społeczności. Autor tłumaczy, że nie miał już miejsca w kalendarzu wydawniczym na kolejną książkę pod własnym nazwiskiem, a kolejna historia pchała mu się na świat. I że skoro King i Rowling mogli, to czemu nie on. Co do nierzetelności powieści, Autor się nie wypowiedział, z tego co wiem.

Dlaczego porównywanie się do Kinga i Rowling nie jest trafionym pomysłem właściwie wszystko napisał Jakub Ćwiek na łamach Smaku książki. Ja chciałabym dodać jeszcze jedno. Otóż alter ega obu przywoływanych pisarzy pochodzą z tego samego kraju co oni. Tymczasem Ove pochodzi z mało znanego i egzotycznego kraju, tam też dzieje się akcja jego powieści. Niezorientowany czytelnik może więc uznać jego wizję za wykładnię, przecież skandynawskie kryminały chwali się za odwzorowanie tła społeczno-obyczajowego. A skoro w powieści są błędy rzeczowe, czytelnik ten będzie miał mylny obraz świata.

To co zrobił Remigiusz Mróz ma dużo cech prozy, z którą walczą przedstawicieli ruchu #ownvoices. W skrócie, jeśli czytelnik chce przeczytać książkę opowiadającą o osobie niepełnosprawnej, kolorowej, chorej etc. Powinien móc wybrać książkę napisaną przez osobę niepełnosprawną, kolorową etc. Żeby otrzymać historię niejako z pierwszej ręki, nie przefiltrowaną przez wrażliwość kogoś z innej kultury/grupy.

Oczywiście, to nie oznacza, że polski mężczyzna nie może napisać historii o nigeryjskich kobietach. Chodzi o to by czytelnicy mogli dotrzeć nie tylko do jego powieści, ale też do nigeryjskich autorek (które zazwyczaj mają o wiele gorszą promocję i osoby nie siedzące w temacie mogą o nich nawet nie usłyszeć). I żeby ten pisarz nie wprowadzał czytelników w błąd, udając nigeryjską kobietę.

Cała sprawa nie podoba mi się, odbieram ją jako brak uczciwości wobec czytelników. Jeśli miał to być eksperyment czy też test umiejętności pisarskich, szkoda że nie zakończono go po wydaniu pierwszego tomu, tylko dopiero teraz. Zwłaszcza, że kim jest Robert Galbraith wiedzieliśmy już od pierwszego tomu.